Budujemy dom – bardzo długa historia…

Wstęp architektoniczno-terapeutyczny, który można legalnie pominąć…

Zainspirowana fotoreportażem z zabaw kartonami dzieci Joasi Grodeckiej oraz niedawno odświeżoną lekturą “Jaskiniowców zagubionych w XXI wieku” postanowiłam zorganizować zajęcia dla dzieci z konstruowania wielkich budowli z kartonowych klocków. Poza oczywistą wartością ze wspólnego tworzenia z dziećmi wyniosłam z tego spotkania przekonanie, że dzieci niezwykle entuzjastycznie reagują na możliwość ukrycia się – “gniazdowania” (jak określa to prof. A.Olechnowicz) w przestrzeni małej, ciemnej i niedostępnej dla dorosłych. Nie trzeba im wtedy do szczęścia żadnych dodatkowych zabawek i rekwizytów. I wiedzą to wszyscy, których dzieci potrafią “zaginąć” w domu na długie godziny upinając namiot z dwóch koców. Wiedzą to również profesjonaliści, którzy w adaptacji pomieszczeń edukacyjnych i terapeutycznych dla dzieci zalecają uwzględnianie wyizolowanych “kącików” i miejsc do ukrywania się i wyciszania. Zadbanie o zaspokojenie tej wrodzonej potrzeby poszukiwania miejsc bezpiecznych i “ograniczonych” przestrzennie powoduje zmniejszenie nasilenia agresji, hałaśliwości i nadmiernej pobudliwości ruchowej u dzieci. Jeśli ktoś z dorosłych jest przekonany, że potrzeba ta dotyczy tylko dzieci proponuję refleksję nad sposobami aranżacji przestrzeni w ulubionej kafejce oraz McDonald’s. Jak za pomocą ustawienia stolików i krzesełek można sterować zachowaniami ludzi skłaniając ich albo do pozostawania w miejscu przez godziny albo do szybkiej konsumpcji i zwalniania miejsca dla kolejnych mas klientów…

Fotoreportaż 1 grudnia 2012

Za pięć dwunasta…

A potem…

Faza konfrontacji wyobrażeń z rzeczywistością

– bo przecież większość była przekonana, że budujemy z “klocków” a klocki jak wyglądają każdy wie…

Faza konceptualizacji – bo projekty domów, które były dostępne, nie spełniały naszych oczekiwań

Krótki kurs projektowo-budowlany

– jak zbudować piramidkę (lub dla bardziej zaawansowanych czworościan foremny) z czterech klocków?

 Faza uświadomionej niekompetencji

– nie wiemy jak łączyć klocki i od czego najlepiej rozpocząć budowę domu.

Niektórzy proponowali od dachu, inni od ścian, jeszcze inni od drzwi wejściowych a nieliczni od podłogi…

W kolejnym etapie przeżyliśmy bardzo emocjonujący moment,

w którym wszyscy zaczęliśmy wierzyć, że to będzie prawdziwy DOM…

Faza kulminacji – moment zachwytu, w którym odkryliśmy, że to jest odpowiednia pora na DACH

(jedno piętro wyżej i dach byłby “nieDOsięgalny”)

W momencie ukazania się “bryły” rozpoznawalnej dla wszystkich jako DOM wszyscy poczuliśmy się głodni.

I nastąpiła faza konsternacji – znacząca większość uznała, że owoce są niejadalne…

I początkowo z dużą dozą sceptycyzmu…

… a później z dużą dozą apetytu “zniknęliśmy” kilka kilo owoców…

Po posiłku nastąpiła Faza okrywania nowych możliwości.

Osobiście uważam, że jest to jeden z najbardziej niebezpiecznych momentów w akcie twórczym

gdy próbujemy tworzyć formy doskonalej skomplikowane od doskonale prostych

ryzykując czytelność, stabilność i bezpieczeństwo.

Jak się okazało również dzieci nie są od tego wolne…


W efekcie powstało wiele “dekonstrukcji” o wyjątkowej funkcjonalności

takich jak np. “wieżyczki do wznoszenia głowy ponad”,

różne typy okien np. “osłaniających przed deszczem przechodniów”

oraz “kieszonki zewnętrzne na łokcie lokatorów domu”

oraz wiele innych, których niestety nie spamiętałam…

Aż w pewnym momencie opustoszało i okazało się, że jestem jedynym dekonstruktorem na zewnątrz domu.

Przez jakiś czas udawało mi się skutecznie łatać wszystkie powstałe prześwity

z pomocą bardziej zaangażowanych w utrzymanie stabilności domu lokatorów.

Później konieczna była interwencja z powodu konfliktów “wewnętrznych”, które spowodowały rozchwianie domu.

Skuteczną interwencją okazało się wywołanie wszystkich domowników

i rozmowa o prawach i obowiązkach współlokatorów.

Stanęło na tym, że każdemu przysługuje jeden kartonowy kafelek podłogi do siedzenia

(co uwzględniliśmy już na etapie projektowania domu)

a kafelki na ścianach do siedzenia nie służą…

A to najwyższy czas na “no coment”…

I wreszcie Faza wykończeniowa

– w efekcie której nastąpiło wykończenie wszystkich tubek farbek

w toku bardziej i mniej desperackich prób zachowania spójnej koncepcji kolorystycznej choćby na jednym kafelku…

I na koniec trochę światła na to, co działo się w środku zanim dom opustoszał.

Udało nam się zdobyć kilka dowodów pomimo, że lokatorzy zamurowali wszystkie okna

i wykazali się dużą determinacją w ukradkowym zabudowywaniu wyjścia i wejścia…